Wydarzenia, jakie rozegrały się na Zamku Królewskim po 1 września 1939 r., i poświęcenie ludzi, których nazwiska zostaną tutaj wspomniane, chyba najdobitniej odda suche zrelacjonowanie faktów. W dniu .5-6 września ewakuowała się Kancelaria Cywilna Prezydenta RP, zabierając ze sobą Rejtana i Batorego pod Pskowem Matejki, kobierzec wilanowski i prawdopodobnie berło, miecz i łańcuch Orderu Orła Białego po Stanisławie Auguście oraz modlitewnik królowej Bony. Obiekty te dojechały do Ołyki na Wołyniu; dalsze ich losy nie są zupełnie jasne. Po wojnie Batory i Rejtan odnalazły się w miejscowości Hain koło Jeleniej Góry, kobierzec wilanowski zaginął, a insygnia Stanisława Augusta i modlitewnik Bony dotarły do Francji, gdzie w połowie 1940 r. zostały dołączone do ewakuowanych z Wawelu skarbów narodowych i powróciły do kraju w 1959 r.

Na Zamku pozostał kustosz Kazimierz Broki. Gdy 8 września pocisk artyleryjski trafił w południowo-zachodni narożnik Zamku, kustosz Broki przeniósł urnę z sercem Kościuszki do katedry św. Jana. Dn. 17 września artyleria niemiecka rozpoczęła ostrzeliwanie Zamku; od pocisków zapaliły się dachy, najpierw na skrzydle wschodnim, a potem na pozostałych skrzydłach. Ogień objął też hełmy wież, a wskazówki zegara na Wieży Zygmuntowskiej zatrzymały się na godzinie ll15. W tym czasie z wieży kościoła na Gocławku Hitler obserwował przez lunetę płonące miasto i Zamek.

Na wieść o pożarze, przybył na Zamek prezydent miasta Stefan Starzyński, który skierował tu brygady podległe Zarządowi Miejskiemu. W gaszeniu pożaru uczestniczyło wojsko, straż ogniowa i mieszkańcy sąsiednich kamienic, wodę na poddasza noszono kubłami; zginął wówczas od pocisku Kazimierz Broki. W następnych dniach Zamek był nadal ostrzeliwany, lecz już nie tak zmasowanym ogniem jak w „czarną niedzielę" 17 września. Do akcji zabezpieczania zabytkowego gmachu i zgromadzonych tu zbiorów przystąpili pracownicy Muzeum Narodowego, Zarządu Miejskiego i Wydziału Muzealnego w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, pomagali im studenci z oddziałów Przysposobienia Wojskowego, a także setki ludzi przygnanych do Warszawy losami wojny - kolejarze ze Śląska, harcerze z Brodnicy, mieszkańcy Starego Miasta, przypadkowi przechodnie. Najcenniejsze pod względem historycznym i artystycznym obiekty przewieziono wtedy i złożono w piwnicach Muzeum Narodowego, akcją kierował dyrektor tegoż Muzeum Stanisław Lorentz; „...tego wywożenia, przewożenia, chowania dokonano w dniach, kiedy już nad Warszawą rozpadło się w pociskach i płomieniach niebo" - zanotował profesor Lorentz.
Pożar strawił dachy, hełmy wież i strop nad Salą Balową. Uległ wtedy zniszczeniu plafon Bacciarełlego Rozwikłanie chaosu. W pozostałych salach pożar nie uczynił większych szkód, przed czym zabezpieczyły założone tu w okresie międzywojennym stropy ogniotrwałe. Na początku października, zaraz po ustaniu działań wojennych, Zarząd Miejski rozpoczął wstępne przygotowania do założenia prowizorycznego dachu. Okupacyjne władze niemieckie wydały jednak zakaz podejmowania jakichkolwiek prac zabezpieczających. Zamiast ekip remontowych wkroczyły na Zamek niemieckie jednostki saperskie, które rozpoczęły borowanie otworów we wszystkich murach i filarach przyziemia; w otwory te miano włożyć ładunki dynamitu, aby całą budowlę wysadzić w powietrze. Jednocześnie zorganizowane przez Niemców ekipy robocze, przy pomocy ściągniętych z Niemiec przedsiębiorstw budowlanych, rozpoczęły demontaż wnętrz. Zrywano i wyrzucano na dziedziniec zabytkowe boazerie, ozdobne skrzydła drzwiowe, posadzki i kominki. Z właściwą sobie pedanterią wymontowywano wszelkie instalacje ogrzewcze i wentylacyjne, kable i przewody.

1 »